PORTUGALIA – Z MOICH MARZEŃ

A jednak, marzenia się spełniają tyle lat… tyle lat – do tej Portugalii leciałem, płynąłem, jechałem i sny śniąc śniłem.

Lecę do Portugalii, będę w Portugalii, dostanę się do Portugalii.

Portugalia I had and I have a dream… tak wiem had i have  niedobrze ale tak napisać chcę.

Ewa i Kuba wymyślili i zaplanowali krótkie wakacje 4 dni w Portugalii … Ewa, Kuba i Olaf wnuczek, babci Niny mamy Ewy i mój taty Kuby. Podróż – wszyscy razem – rodzina.

Smartfon w mojej kieszeni z nim czuję się pewniej, bo w nim rozkład jazdy, słownik, notatnik i dużo jeszcze innych przydatnych… takich…

Dni – pierwsze. Porto.

Już na lotnisku. Zjechaliśmy się na to lotnisko, gwieździście – Kuba, Ewa i Olaf z Poznania, Nina z Białegostoku,   ja z Wałbrzycha.

Moja podroż do Warszawy?

Jak zawsze – przygoda podczas której zawsze coś niesamowitego, nieprzewidywalnego, może się zdarzyć i często się zdarza – ważne to mieć oczy i uszy otwarte i smartfon w kieszeni.

Lotnisko.

Tuż przed wejściem do samolotu w długiej kolejce stoimy. Nikt się nie pcha, nikt nie krzyczy jest bardzo kulturalnie i spokojnie. Na innych bramkach, do innych samolotów do innych Portugalii a może Włoch, Wiednia, Hiszpanii, Londynu albo Bułgarii  też spokój bo każdy Portugalię – w sobie ma nawet, gdy jest ona we Włoszech w Wenecji i jeszcze dalej.

Jak to wychodzi naszym elitom  „e” – z malej litery, że my niby nie potrafimy się zachować. My Polacy, nie wiem? Utarte, wytarte, wyświechtane jakieś ich stare kompleksy. A może te elity z małej litery „e”- uważają, że są lepsze o ludu, bo skoro mówią o nas, tak źle to może w sobie od Nas – dużą literą „N” – czują się lepiej? Widzę w kolejce nawet jedną panią polityk a może polityczkę, jaka miła, uśmiechnięta, ciepła  sama radość i pojednanie.. Nikt jej nie poznaje. Myślę jacyż ci politycy w samolocie mili uprzejmi o jasnych jeszcze nie opalonych twarzach. Właściwie o jednej twarzy ciepłej przyjaznej a nie o wielu jak w sejmie i w różnych TV .

Jedna twarz w samolocie i wiele publicznych w sejmie. A może ta jedna twarz to dlatego, że wakacje. Jak to się dzieje, dlaczego tak się dzieje, że te twarze – jak bakterie się mnożą albo jak pantofelki.

Ewa robi rodzinne selfie i puszcza w świat, smartfonem, iPhonem,  laptopem  i już lecą te nasze zdjęcia, zaraz, natychmiast, gdzie tylko mogą polecieć w nasz wielki – mały  smartfonowy świat. Smartfon, telefon, aparat, rozkład jazdy, słownik wyrazów angielskich, portugalskich i polskich w kieszeni.

Smartfon z mapami, grupami na FB, WhatsAppami, Messengerami. Wszystko tak szybko się dzieje, może jak wrócimy za 4 dni  to może w smartfon-ku już coś nowego będzie – jakaś nowa fajna Apka?

Takie czasy świat  idzie do przodu.

I już komunikaty zwrotne, fajnie macie, że do Portugalii o nie  ale ten  twój Olaf wnuczek śmieszny, fajny. A ty Rysiek dobrze wyglądasz. Tak -mam teraz cały mały świat w smartfon-ku i was kochani też.

Jak daleko świat odszedł od mojego urodzenia w 1953 w Opolu do tej  Portugalii i do tego Porto ze snu z marzeń.  A jednak świat do przodu leci, ja przynajmniej taką przyjmuję perspektywę. Selfie fi, fi, fi.

A ja jestem szczęśliwy, lecę z wami moi przyjaciele-bo mam was w telefonie i zaraz tryb samolotowy i tym trybem samolotowym zaraz się z wami połączę.Tyle minut bez was niemożliwe, zaraz – zaraz już klikam.

I już przed wejściem do samolotu, nie chcą mnie wpuścić bo czarna chustka w trupie główki zamiast maseczki w Portugalii nie działa. A u nas tak a w Portugalii nie. Tak to są zasadnicze różnice. Ta czarna chustka to – Basi chustka, mojej Basi, mojej kochanej Basi, żony – po każdej chemii jak wypadały Basi włosy, Basia różne kolorowe chustki na głowę zakładała. Mieć chustkę Basi na sobie to tak jak Basię w sobie..

Ewa wyciąga prawdziwą maseczkę i wpuszczają mnie do samolotu. Portugalia to nie Polska.

W samolocie już robi się noc. Ewa z Kubą i Olafem razem. Rodzina. I ja też rodzina tylko gdzieś dalej i Nina też…nie wiem czy Olaf wie gdzie leci ale chyba jest zadowolony bo na zmianę się cieszy i chyba czymś bardzo martwi bo co jakiś czas płacze. A może się martwi że nie zna Portugalskiego, Polskiego Hiszpańskiego, nie martw się Olaf damy radę, ja coś niecoś po angielsku kumam no  i Ewa i Kuba, nie wiem jak Nina?

Do płaczu Olafa co jakiś czas dołączają inne dzieci i zaczyna się płaczko-wy  koncert, czy te dzieci tym płaczem się jakoś nawołują jak wilki lub hieny i chcą w tym  płaczu być razem bo razem, bezpieczniej? I płaczą  tak – jak gęsi gęgają, kaczki kwakają, a kury kurkają Olaf co jakiś czas pije mleczko ale nie z butelki. Pierś. Potem coś tam sobie podjada

I już Porto. Noc.

Mieliśmy na lotnisku na wszelki wypadek wypełniać jakieś Covidowe druki ale się okazało, że jednak nie.

Bałagan…? No tak covid zamieszał wszędzie nie tylko u nas ale poszło gładko i bez druków.

Misunderstanding.

Samochodu zamówionego w wypożyczalni na lotnisku nie ma . Co się stało? Miał być i czekać. Biuro zamknięte. Co sie stało nie wie nikt.

Łapiemy taksówki, by dojechać na miejsce Przeznaczenia. Jednym samochodem taką taksówką bez znaczka się nie zabierzemy. Okazuje się, że wszędzie w Europie takie taksówki – bez  taxi znaczka już są. Dużo taksówek przed wejściem na lotnisko co jakiś czas jakiś taksówkarz do nas podchodzi. Kubuś załatwia jednego do którego  pakujemy wszystkie torby i cały Olafa wózkowo łóżeczkowy sprzęt. I nagle nasz taksówkarz wywala nam dosłownie wszystkie bagaże na chodnik i mówi coś do nas bardzo szybko nerwowo i bardzo biegle po portugalsku no bo przecież my portugalski  doskonale tak jak on – znamy i rozumiemy i on o tym wie. Robi się nerwowo. W końcu Ewa, Olaf i Nina jadą jednym samochodem a my z Kubą za jakiś czas drugim z nadzieją, że biegle mówiący po portugalsku taksówkarz wszystkie nasze rzeczy ze swojego samochodu wyrzucił.

Dojeżdżamy na miejsce. Ewa, Nina i Olaf już znaleźli  panią, która  nam pokoje  apartamentowe, takie studyjne pokazuje…

Bardzo miła pani Portugalka… No…

Kuba, Olaf i Ewa mają swój osobny pokój. Nina też i ja też – więc wszyscy zadowoleni nawet Olaf zawsze to lepiej z rodzicami sam na sam – spokojnie – czas na babcię i dziadka jeszcze przyjdzie. Teraz powoli uśpić Olafa, by sobie zasnął i czas dla nas wszystkich na reset i kolację.

Taras wspaniały zawieszony nad rzeką Douro. Wspaniała baza pomógł wirus. Tanio. I bajkowe magiczne Porto w nocy przed nami. Widzimy światła i rozświetlone miasto, neony, ludzie, statki. Widzimy Noc w Noc i wielkie w oddali reklamy rożnych rodzajów Porto.

Nie wymienię jakie, bo nie wolno!

Czytamy reklamy Porto i zachwycamy się bajkowym widokiem i nocnym neonowym światem….

Takich chwil jak ta na tarasie, właśnie teraz w – tej pierwszej chwili –  nie zapomnę długo a jeżeli nawet będzie tak, że będę już zapominał to wiem, że ten obraz i ta chwila w moim sercu na zawsze zostanie…

Powoli przygotowujemy się do późnej polskiej kolacji w portugalskim Porto.

Jest pięknie – te dwa słowa nie są w stanie oddać tego pięknie… i nie opiszę tego piękna, nie umiem musiał bym chyba napisać wiersz – pełen metafor, porównań, przenośni i niekonwencjonalnych skojarzeń by ten czar oddać ach gdzie są ci poeci, którzy przydali by się w tej chwili. Nie zabraliśmy w podroż żadnego poety- tyle  tych potraw nie tylko duchowych – poeto gdzie jesteś? Powiedz jak to wszystko opisać?

Dodajemy do tej Portugalii i tego Porto zapachy i smaki z Polski w której byliśmy niewiele 3 godz temu.

Polskie…

Polski dobry chleb, papryka,  sery, pomidory malinowe z warzywniaka polskie kabanosy  i jakieś inne wędliny i nawet masło i jakieś Olafowie słodycze robione dla Olafa przez Ewę i to wszystko ląduje na portugalskim stole, na tarasie zawieszonym nad rzeką Douro w portugalską noc. Na trawienie wypijamy maleńkie porto, ktore było na stanie, tak jak pościel, naczynia, kosmetyki, ręczniki, garnki, lodówka i zmywarka… i jeszcze…

Ja zjadam te kulki słodkie, których nie zjadł Olaf, jest ciepło, statki i łodzie płyną. Neony migają, wiatr szumi, woda pluska, księżyc świeci  w dali na wzgórzach doliny rozświetlone domy i most oświetlony jak kolejka w nocy w wesołym miasteczku, po moście bimbają rozświetlone tramwaje jak zawieszone w powietrzu nad wodą świetlne statki, jest noc, mniejszy ruch więc słychać dzwonki, ludzi w tramwajach nie widzę, może już po północy są w nich tylko portugalskie duchy….

Tak stwarza się poezja tu i teraz a ja nie umiem jej opisać….

Pytam sam siebie czy to bajka czy rzeczywistość…. sam nie wiem, chyba jednak śnię….

Tak chyba jednak śnię, tyle lat śniłem o Portugalii i teraz  Portugalia ukazuje mi się we śnie w którym czuję, dotykam, widzę – lekka bryza z kropelkami wody obmywa moją twarz i  wieje wiatr…. Tak to chyba jest senczuły…

Jem polskiego kabanosa z polskim pomidorem, nie to nie Portugalia – jestem w Polsce i w polskie smaki wplata mi się portugalski sen…. i wiatr… Tak to na pewno jest senczuły.

Taka Portugalia z marzeń.

A może jednak jestem w Portugalii z moich marzeń, bo to Porto i porto – w kieliszku i ten wiatr i ta noc. Wszystko się pomieszało i jest

Bajka z Porto o Porto w Porto.

I porto na ustach i w ustach rozpływa się…. woda ??? wiatr?? i wypływają ze mnie jakieś słowa… może to poezja powoli się rodzi…

Tak… ta wyliczanka, rymowanka, taka radość dziecka jak Olafa śmiech w samolocie. Dorosłe dziecko  we mnie.

No nie… i żaglowiec oświetlony w noc płynie wśród szumu fal – wiatru i moich marzeń i myśli i księżyca i nocy i gwiazd. Nie, trzeba iść już spać.

A jednak upiłem się tym małym Portem w Porto….

Portugalia z moich marzeń i senczuły.

Dobranoc.

Rano wstajemy wcześnie, by nie tracić dnia bo dzień jak noc jest ważny i też może mieć w sobie Porto i szum fal i słońce i poezję!

Trzeba pojechać na lotnisko….

Po samochód. Kubuś jedzie, załapuję się z nim i jadę. Okazja – poznam bardziej miasto tam i z powrotem…

Zwiedzać świat, nieustannie i wciąż to moja dewiza życiowa… Okazuje się, że kierowca, który przyjechał zna nie tylko portugalski ale i angielski, dogadujemy się i pytamy o wszystko – jak rozumiesz to jest łatwiej – jak tam panie taksówkarzu z wczoraj… leci panu z dzisiaj?

Na lotnisku wiele spraw się wyjaśnia. Nieporozumienie na odległość. Okazuje się, że i w Portugalii trzeba wszystko dokładnie czytać jak się jest na fejs-buczku i coś po angielsku na odległość się załatwia to trzeba czytać uważnie, strony świata i dokumenty.

Łatwo się mówi… uważnie czytać mądre rady na odległość! Wszystko się wyjaśniło. Szkoda, że samochodu nie było wczoraj ale gdyby był to tej całej historii lotniskowej z wściekłym taksówkarzem i z tym fajnym co po angielsku, biegle by nie było.

Była by –  historia inna. Jaka?

Życie nie jest  jedno-wymiarowe.

Uczcie się języków obcych.

Dziękuję Ci moja kochana mamo Stasiu, że nas – Tadzia mojego brata i mnie, podróżowaniem zaraziłaś.

Jemy śniadanie na tarasie.

Dzień i znowu urok i czar, niby to samo a jednak nie. Neony nie świecą ale ludzi więcej i słońce zamiast księżyca i łódek więcej i widać wszystko dalej i wyraźniej.

Dzień i noc. Noc i dzień. Jedno.

Widzę ryby w dole – pluskają się, jeszcze nie w sieci. Widzę przygotowywanie statków pasażerskich w rejs. Myją pokład. W nocy słyszałem pluskającą wodę pod nami, teraz widzę olbrzymie głazy i woda  pluska słonecznie.

Tafla rzeki Douro jak nierówne płytki gres…   Tak  pogodnie i słonecznie w dzień a woda rzeki Douro Chropowata wiatrem nierówna – tak nie podoba mi się to „chropowate porównanie i gres”  ale teraz  innego nie mam!

Jemy śniadanie z Olafem, zostały jeszcze jego  super słodkie kulki do kawy i ostatnia moja polska cytryna.

Tak – cytryny nie polskie ale z polski.

A teraz normalna rozmowa z życia o śniadaniu przy śniadaniu, bez Portugalskiej poezji i uniesień.

 

Ewa jest trochę przeziębiona i ja  się trochę boję, no bo jednak wirus .

Wycisnąć sobie tę cytrynę do końca czy zostawić Ewie?

No właściwie cytryna jest moja bo ja ją z Wałbrzycha do tej Portugalii ciągnąłem…

Pytam Niny.

Weź najwyżej się kupi a Ewa nie będzie chciała….

Ewa, gdzie jest ta cytryna, która była jeszcze wczoraj?

Nie ma!

Rikko ją sobie wcisnął!

I co ja mam teraz  powiedzieć Ewie?

Dobrze, że chociaż przy tym Portugalskim pisaniu się wyjaśniło ale czy Ewa to przeczyta, jak się jest mamą małego  Olafa brzdąca to  nie ma  czasu  na nic…

Pamiętam czasy brzdąca Kuby…. Nie było czasu – na nic…

Ruszamy w miasto Olaf w wózku.

Zalety pandemii.

Pusto.

Ewa i Kuba, mówią, że strasznie pusto, nie ma turystów i nie ma tłoku. Apartamenty tańsze i można znaleźć taki jak my w centrum – w szczycie nie do dostania a jeżeli już to nie za taką cenę. Idziemy wolno, by nasycić się portową bajką w dzień, bo przecież bajki w dzień też się dzieją. Ewa cały czas robi zdjęcia.

Widziałem je po raz kolejny przed chwilą na Fejs – buczku na moim Walu. Tat, tak ma być – Walu.

Poczułem się jakbym teraz tam w Porto był, czas jest jednak względny…

Idziemy do restauracji, do tej samej w której Kuba i Ewa kiedyś byli. Są wolne miejsca. Zamawiamy jemy, nie spieszymy się, przecież to nasze 4 dniowe wakacje, ktore trzeba sobie chociaż wolnym życiowym tempem i jedzeniem wydłużyć. Olaf na podłodze ze swoim kocykiem zabawkami robi furorę, chodzi po podłodze, nie wszystkie dzieci nawet teraz tak mają. W restauracji puściliśmy a właściwie to Ewa puściła Olafa luzem po podłodze jak pieska lub kotka, teraz takie czasy wolność – dziecka i dobrze, że zmieniają się sposoby wychowywania…

Do restauracji szliśmy sobie podwójnym piętrowym mostem, dołem a potem wzdłuż rzeki.

Olaf swobodnie sobie z nami żyje, je śpi robi siusiu i kupkę i tak na zmianę. No i czasem…

bardzo fajnie się śmieje albo płacze. Tak takie małe dzieci tak mają jak się śmieją to wiemy, że im jest dobrze a jak płaczą to przeważnie nie wiadomo dokładnie o co im chodzi.

Za moich młodych czasów coś takiego nie było możliwe, foteliki specjalne dla dzieci w restauracji i  siedzą sobie te dzieci z dorosłymi i jedzą  i piją. I już po długim drugim śniadaniu, które przez swoją długość stało się wczesnym obiadem.

Spacer po Porto w górę i w dól, bo to przecież dolina. Po drodze Ewa i Kuba pokazują nam Porto  co, gdzie i jak im tam wtedy było. Ja w tej wędrówce śladami Kuby i Ewy jak zwykle na końcu ze swoimi myślami. Olaf co jakiś czas jest przebierany karmiony i usypiany. Teraz z dzieckiem możesz podróżować jak kiedyś z plecakiem, zwiedzasz sobie świat i przebierasz i karmisz dziecko na lotniskach, dworcach, sklepach a nawet w przedziałach kolejowych…

A jednak świat idzie do przodu może trochę pochylony ale idzie, może wolno ale idzie, może czasem zbacza ale idzie, może czasem staje ale idzie, może sie cofa ale idzie może ku katastrofie ale idzie, bo przecież jak zdarzy się katastrofa to i tak będzie musiał się podnieść jak człowiek po upadku po pożarze czy powodzi. No i my tak sobie idziemy wszyscy z tym światem i z sobą i z Olafem i cieszymy się.

Zaczyna padać, deszcz i jest tylko 20 stopni a we Wrocławiu  w tym samym czasie 30… i słonce, a powinno być odwrotnie! W telefonie można sobie równolegle posprawdzać wszystkie temperatury świata.

Postęp.

Ja moknę bo nie wziąłem ze sobą-parasolki ani deszczowej kurtki a wystarczyło kliknąć pogoda data Portugalia i Porto. A zaradna Ewa Kubusiowa, mama Olafa, kliknęła sobie i wszystko wzięła.

I już przeszliśmy tym samym mostem górą, pierwszym piętrem. Mijają nas tramwaje, ludzie, most nie oświetlony bo dzień i tramwaje też bez światła tyko z dzwonkami, bim bam bum.

I inne mosty w Pradze i ten tutaj zatłoczony i mosty w Wenecji, Paryżu, Wrocławiu i nasze – gdzieś kiedyś zapamiętane, malutkie ulubione, zapomniane, pokochane, mosty z dzieciństwa, nad rzeczkami strumyczkami we wioseczkach, dolinkach, górkach i te moje opolskie mosty….

I już jesteśmy na dworcu kolejowym.

Dworce, rożne stare, każdy z nas swój ulubiony dworzec ma.

Na dworcu owoce dla Olafa, niech je zdrowo –  świeże  zielone i fioletowe, figi naprawdę świeże bo zrywane tutaj i bez podróży do polski samolotem.

I znowu odpoczynek w kawiarni i Olaf na specjalnym krzesełku i z gumowego swojego talerzyka rączką swoje owoce  wybiera sam i nikt go nie karmi na siłę jak kiedyś mnie i nas.

Świat się zmienia.

Wiele lat temu nas na siłę łyżeczką karmiono, za tatusia, za mamusię, za braciszka.

Do dzisiaj pamiętam te jedzeniowe tortury.

No cóż tak wtedy wszyscy – na zdrowo na siłę karmili .

Postęp.

Dzieci się cieszą ja się cieszę, bo nie są pompowane jedzeniem na silę! Czy można było to wiedzieć 35 lat temu gdy, Kubuś przyszedł na świat-albo 67 gdy ja sie pojawiłem w Opolu?

Nie nie można było!

W jakimś sklepiku z pamiątkami na drugiej wysokości tego piętrowego mostu, kupujemy kartki z Porto i znaczki, a pan miał w sklepie skrzynkę na listy, bo teraz w Portugalii skrzynki na listy to jedna na miasto.. Nikt listów nie pisze. Ja w Portugalii miałbym słabo, bo ja właśnie teraz trochę listów rączką piszę!

Zagadałem po angielsku o znaczki ” Have you any marks?”  A facio zdziwił się o co mi chodzi ???

Później Ewa powiedziała mi że znaczki to stamps  ja wiedziałem, że stamps ale cale moje angielskie życie myślałem, że stamps i marks jest wymienne i to samo. I już wiem po co pojechałem do tej Portugalii. Jakoś te stamps mi uciekło.

Unfortunately, it is not the same!

I co ja się czepiam taksówkarza, że on nie po angielsku…

Kartki z Porto do – Porto Polska w czasie covid szły bardzo długo ale doszły…

Pada, już nie pójdę do mostu na drugie piętro do Pana ze skrzynką pocztową… Wysłałem kartki gdzie indziej.

Bo ja kartki chciałem napisać z serca a to trwa,  ja tak szybko kartek pisać nie lubię bo chcę każdemu napisać fajne – coś.

Pada a we Wrocławiu gorąco to teraz we Wrocławiu jest Portugalia.

Teraz – na tarasie pożegnanie z Porto i kolacja a wiec do sklepu po Porto i coś do Porto i by wreszcie kolacja portugalska była. Pojechaliśmy sobie wszyscy do sklepu z podziemnego parkingu odzyskanym samochodem. Kuba i Ewa ten sklep znali jak to dobrze wracać w te same miejsca.

I mamy już w koszyku duże rodzinne Porto starczy dla nas wszystkich Ewa i Olaf nie piją! Oliwki rożne portugalskie. Teraz z koszyczkiem do samochodu a potem na bajkowy nocny taras, ciekawe co nam dzisiaj przypłynie rzeką Douro. Tarasowa bajka w krainie portugalskiej nocy i życie nasze polskiej rodziny i portugalska żywa baśń przed nami.

I have a dream…

Dni drugie – wyjazd.

Nazare i Dolina Douro.

 

Szybkie portugalskie śniadanie i wyjazd z podziemnego parkingu.

Kwatera posprzątana porządnie nie powiedzą, że Polacy!

Jedziemy daleko nad ocean.

Ocean już widziałem w Stanach w Charleston. Ocean większe morze.

Jesteśmy – długa podroż z Porto szeroka plaża, piasek mało ludzi skały wiatr.

Uwielbiam.

Mała urokliwa kapliczka, na skalistym brzegu. Zamknięta. Fale uderzają o skały ale kapliczka sie broni przez lata…

Ocean.

Każdy z nas na plaży znajduje swoje miejsce…

Ja jak zwykle sam z dala od ludzi patrzę w dal.

Nina zbiera muszelki i muszle.

Ewa, Kuba i Olaf rodzina zajmują się sobą.

Turystów bardzo mało,  zaglądają do kapliczki a więc jest potrzeba by wejść. Zamknięte.

Dla kogo była ta kapliczka dla rybaków, mieszkańców, dla? No właśnie, dobrze jest czasem podziękować za powrót – Górze…

Chodzenie samotne po plaży wystarcza.

Rozmowa z oceanem… Tym Atlantyckim.

I znowu kawa na plaży na brzegu, biorę do kawy jakieś portugalskie słone ciastka ich narodowe specjały. Jak się chce to do kawy można wszystko… Tylko w głowie przestawić, słone na słodkie.

Wracamy zostawiając za sobą małą kapliczkę pędzimy, by zwiedzać kolejne Kuby i Ewy miejsca, bo chcą nam i Olafowi pokazać to co dla nich było sercowo ważne ciepłe i gorące gdy byli tu sami.

Deszcz, wciaż deszcz pada – jak Wrocławski  nasz typowy..

mała miejscowość –

Nazare.

Mgła taka, że nie widziałem nigdy…

Jesteśmy – i ciągle ten deszcz, deszcz i deszcz. Szukamy gdzie by tu zjeść. Korona wirus pozamykał wiele restauracji. Jest zaczynamy ucztę Bogów, teraz portugalski obiad prawdziwy, bez mojej kochanej żony Basi, która na wszystkich  wakacjach była ze mną wszędzie. Nie  ma już przy mnie mojej Basi. Tak wiem jest w Niebie… to tak strasznie daleko jak pokonać te chmury Basiu?

Deszcz.

Skały wystające nad ocean wysoko jak dach jak archipelag zawieszony w powietrzu jak podwójny most w Porto z tramwajami to już nie jest bajka to raj na ziemi – nie wierzę, że natura może być aż tak piękna… Raj? Nie wiem ale bardzo blisko… Po obiedzie patrzymy z tych – nad skal w dól – na ocean.

Mgła taka, że nie widziałem nigdy, nawet nie wiem jak opisać. Zobaczyć i nie umrzeć! Jak opisać mgłę inną od innych wszystkich dotychczasowych.

Deszcz wciąż pada, zimno jak w Polsce Olaf sobie beztrosko płacze a czasem się śmieje.

Mgła na dole a my z tych zawieszonych, nad skał jak nad przepaścią oglądamy w dole surfingowców, którzy czekają na fale. Surfingowcy – małe ludziki jak na słomianych trzcinkach i te trzcinki z tymi ludzikami wypływają w ocean a my widzimy kropki, przecinki, które co jakiś czas  fala porywa na swój grzbiet.

Mgła jakiej nie widziałem nigdy i moje  zaparowane okulary też.

I już noc  a my na dole surfingowego cudu i wśród tych małych kropeczkowych ludzi i trzcinkowo wąskich kresek i fal jak  małe znaczki zapytania a teraz z nich z tych przecinków i kropek olbrzymy jak cyklopy jak tytani…

Czy czar tej z góry oglądanej mgły –  tu na dole prysł?

Nie, podwoił się, bo to co z góry było małe i zaczarowane, te ludziki, te słomeczki te przecinki  teraz nagle urosło jak w bajce…

Wielcy rycerze, którzy byli mali, wstali.

A jednak bajka.

Na dole na promenadzie wzdłuż oceanu więcej ludzi i kawiarni i nocnych świateł, które tu w Portugalii tak chodzą za nami, te światła…

A jednak wciąż bajka..

Ja w kawiarni znowu puknąłem kolejną kawę, a może już nie bo za dużo i nie zdrowo….??

Olaf coś tam przed snem łyknął, może pierś a może owocowe ciasteczko, Kuba i Ewa jakieś wspomnieniowe ciastka a Nina  rajd w sklepiki.

Kuba z Ewą we wspomnieniach z  zakochanego czasu zwiedzania, jestem z nimi w tych wspomnieniach…

Ten ich zakochany czas, ten drugi pobyt w Portugalii jeszcze wtedy nie wiedzieli, że wrócą tu ze swoim synem Olafem jego babcią Niną i dziadkiem Rysiem. Byli wtedy zakochani i są, życie w bajce wciąż trwa.

Ach chyba ten świat ta natura ten ocean usłyszał mnie i zobaczył to moje rozmarzenie ten  nastrój i to takie zżycie się z tą naturą, -światem, magią i mgłą…

I podarował mi na pożegnanie  wspaniały, niesamowity oceaniczno górski zachód słońca. Tak jak każdy widziałem już  kilka zachodów słońca, rożnych, pięknych magicznych ale ten był jest i pozostanie inny…

Słońce znika za horyzontem, niebo czerwone, ocean szumi wilgoć i mgła, która wróciła na chwilę, szeroka plaża ludzie stoją patrzą i pstrykają, tak będą mieli ten zachód na zdjęciu i pokażą a przyjaciele  powiedzą ach,…

a ja mam go w sobie w sercu w oczach, myśli, wyobraźni, ten zachód słońca –  a ja wam go pokazać nie mogę, bo nie mam poety nie mam słów  i smartfonkiem nie kliknąłem.

Mój najpiękniejszy w życiu – Portugalski zachód słońca z mojej Portugalskiej bajki jest i pozostanie tylko-we mnie. Szkoda.

Jedyny taki zachód,  przywołajcie swój – tak będzie mi  łatwiej wam opisać i namalować.

Zachód słońca dla mnie…

Są jednak Bogowie na świecie i we Wszechświecie…

Bajka.

Rozmarzony, zmalowany  cały oceaniczny zachód słońca  mieści się we mnie a gdy słońce we mnie i za horyzontem znika, nie ma pustki we mnie tylko oceaniczna bezbrzeżna i bezwietrzna ciszaaa.

Już  jest mi już  dobrze i spokój i  głęboka, bez fal oceaniczna  – ciszaaa…we mnie

Późno w ciągłym deszczu dojeżdżamy do nowego miejsca.

Mała wieś, farma, noc i malutkie wąskie uliczki…

Jesteśmy padnięci, kładziemy sie spać, każdy w swoim pokoju. Stary Portugalski dom nas uspokaja wycisza a kamienie z fundamentów mówią,  spij już Rysiu wystarczy na dzisiaj twoja portugalska bajka zasypia, już, już śpij i senczuły śnij…..

Nie bój się twoja bajka trwa…

Nad ranem słyszę kury, kaczki, koguty a może nawet gęsi –  mój sen portugalski wciąż trwa i sam się we mnie prze-programowy – wuje  – na dzień i na jawę.

Pachnie obornikiem – nawóz, by lepiej  wszystko rosło, uwielbiam ten zapach, który  ulatnia się i  – rozprzestrzenia i roz  – wiewa, moje sny.

To wszystko co się tu  teraz  dookoła dzieje sprawia, że budzę się za wcześnie i wstaję i na bosaka idę przez dom, zobaczyć ten świat z nawozu z ptaków z rosy, słońca i – plantacji winogron na  porto.

Farmerzy pracują –  ciężka praca w ziemi.

Portugalska wieś, patrzę i słyszę muzykę, narzędzia, kaczki, gęsi  wiatr i  maszyny rolnicze, bur, bur, bur.

Widzę to wszystko i słyszę bez kropli Porto.

Rodziny wstają -Portugalczycy do pracy a  Polacy do wakacji.

Wyruszamy po śniadaniu w zwiedzanie, znowu szlakiem Kuby I Ewy. Olaf coś dzisiaj więcej w samochodzie płacze nie lubi wsi? Nina śpiewając wciąż jakieś rożne bell canta uspokaja go. Podziwiam jej wytrwałość i cierpliwość. Po jakimś czasie Olaf się uspokaja tak  to kolejny dowód, że muzyka łagodzi – nie tylko obyczaje. Tak myślę czy  ja aktor nie powinienem śpiewać. Tak powinienem ale dziadek Ryś nie ma takiej cierpliwości Jak babcia Nina.

Dolina Douro – nie wiem czy wytrzymam spokojnie z nadmiaru wrażeń?

Przejeżdżamy tak wąskimi uliczkami że samochód lusterkami prawie rysuje ściany domów i Ewa co jakiś czas wysiada  z samochodu by usuwać, przesuwać wielkie donice z rożnymi egzotycznymi kwiatami byśmy ich nie stratowali.

Winnice, winnice, winnice…

I nagle na wąskiej uliczce śmieciarka i my, no nie-  nie  zmieścimy się razem.

A jednak dało się bo w bajkowej Portugalki wszystko jest możliwe, kierowca skurczył ciężarówkę. Jakoś po tych uliczkach nawet bez nas muszą się mijać, bo śmieci nawet w ekologicznych domach sie pojawiają – jeszcze plastik nie umarł.

Kawiarnia w której Ewa i Kuba pili swoją przeszłą kawę zamknięta coronawirus po swojemu oczyszcza świat z nadmiaru i przesytu. A jednak żal, że nie ma naszej kawiarni.

Będzie nowa,  może z kawą w drewnianym kubeczku…

Rzeka Douro zakątek – ludzie i całe rodziny się kąpią. Ciepła woda wchodzę do niej i w nią i bosymi nóżkami tak jak  w Ocean, –  obmył bym się z kurzu i przepłukał myśli. Proza życia, zatopiony już nie sennych marzeniach popłynął bym tym nurtem Douro  do samego ujścia?

Ciepło wody w nogach – tak smakować świat.

jeszcze tu powrócę…

Ale ta kawiarnia swojska…

trochę  zaniedbana, urok kawiarni w której możesz  bez, ą – ę.

Urywam się z kawiarni idę zwiedzać cmentarz i kościół.

Zamknięty jak kapliczka w oceanie… Szkoda. Nie można wejść i wyciszyć się, by usłyszeć  swoje myśli i je poukładać…

A jednak potrzebna i ławeczka i kościół.

Kościół, cisza i zabłąkany wikary, czasem proboszcz przemknie, czasem ktoś w ławeczce płacze..  Babcia, dziadek albo młody mężczyzna drżącymi paluszkami przesuwa różaniec i czasem nagle organy – Bach …

Pustka – czemu nie możemy spotkać się w pustce.

Pustka, a może to pustka sprawia, że  nie spotykamy się nie tylko w kościołach ale ze sobą na ulicach w domach i w łóżkach…

Szukamy pustych ławeczek w parkach w zapomnianych alejkach, gdzie nikt nie wycina trawy nie podcina starych krzewów i tylko  kamień porośnięty mchem albo umierające  drzewo. Czemu nie możemy się spotkać w  drodze do tramwaju,  samolotu wyciszeni jak  polityk  albo w moim do Porto samolocie….

Za kościołem cmentarzyk mały – idę.

Urny w ścianach i grobowce rodzinne, małe zaniedbane cmentarne grobowe, kapliczki zardzewiałe małe drzwiczki, które wiatrem skrzypią jakby broniły dostępu do środka, suche wyschłe kwiaty nie wymieniane od miesięcy wszystko skrzypi i szeleści – gra  żałobny hymn.

„Cmentarze, zawsze lubiłem cmentarze. Dają dystans do siebie, do świata i do ludzi. Zapomniane groby i bardzo zadbane. Sosnówka koło Jeleniej Góry”

To jest tekst mój – z mojego pierwszego filmu nakręconego smartfonkiem. Nakręciłem, bo kultura w sieci teatr dostał  pieniądze, bo covid i trzeba było nakręcić coś, by był dowód, że zrobione a później puszczone w sieci. Nie musiało być o cmentarzach tak jakoś mi wyszło.

Mówią, że życia pozagrobowego nie ma.

No nie wiem ja wtedy w Sosnówce rozmawiałem z Basią i nie był to Portugalski sen.

Wracam do swoich, do reszty, do kawy i życia.

Portugalskie groby i ci co w nich spali nic mi nie powiedzieli…  może nie znali  angielskiego,  Polskiego, rosyjskiego a może zmęczeni życiem jeszcze śpią.

I dalej jazda wąskimi uliczkami. I nagle dzikie pomarańcze i Kuba hops – na drzewo i zrywa pomarańcze, chyba są niczyje a Ewa zbiera je z dołu i jak zawsze robi super zdjęcia. Ja jak zwykle w takiej sytuacji uciekam, bo przecież pomarańcze nie moje i ktoś nagle może przyjść!

A ja nie wiem czy wolno?

Pomarańcze, dzikie drzewo i wreszcie upał. W dole  tuż przy rzece schowane domki jak ławeczki w zakątkach parków i zacumowane małe łódeczki jak-samochody w garażu.

Potem na sam szczyt góry, bo tam wielkie nowoczesne wiatraki, by z wiatru robić prąd.

I panorama na caaaałą dolinę.

Tu dopiero wieje to nie ocean, cmentarzyk i rzeka z tarasu w nocy, to nie bryza…

Tu natura siłą mówi, może krzyczy.

Dzikie pomarańcze i wiatraki, by prąd i małe łódki schowane w zaroślach i wąskie uliczki i plantacje winogron na porto i te dziwne portugalskie lasy w koło.

Dolina rzeki Douro.

Gęsi gęgają, kaczki kwakają, kury kurkają i ten zachód słońca i już wracać trzeba na wiejską bazę-farmę i do Polski.

I już ostatni kawałek dnia, bo do Polski.

Rozmawiamy z właścicielami domu. Ja wyciskam sok z pomarańczy, których nie chciałem zrywać.

Oglądam na spokojnie ogród z krzewami winogron, dyniami, warzywami, paprykami – i słońce i pracująca w ogrodzie rodzina, która naprawia zepsutą pompę.

Praca w ziemi.

Zaczarowana Portugalia moja z marzeń zostaje  za mną i coś jeszcze mi mówi i słyszę jej głos.

Powrócisz tu, gdzie Portugalski brzeg… nieee to nie ta piosenka, to polska, powrócisz-tu…

Bajka – zamyślam się  i jakaś pustka mnie ogarnia, melancholia i radość.

Na lotnisku oddajemy samochód.

Teraz Polska.

I już Warszawa i okropny deszcz jak w Portugalii. Z Warszawy do Poznania, zmiana planów, bo pociągu  do Wałbrzycha już nie ma.

Portugalia, z moich marzeń staje się  marzeniem, zapisuje się jak bajka, która nie skończona.

Znowu można marzyć…

Czuję smak porto i widzę neony i wszystko portugalskie się we mnie miesza.

Porto – wrócić tu i opić się tym  porto do zemdlenia i do szumu w głowie….

Jeszcze tu powrócę

gdzie….

Portugalski brzeg….

Gdzie klucze białych….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *