OPOLE

KATEDRA – MOJA OPOLSKA KATEDRA

Chciałbym tę moją Opolską Katedrę opisać cegiełka po cegiełce. Jak chodzę wokół niej z mamą i z bratem i sam. Jak ją oglądam z bliska i z daleka. Pozachwycać się nią. Tyle już różnych katedr opisano.

Chciałbym po figurkach, rzeźbach i tablicach okolicznościowych – ważnych mądrych świeckich i ważnych wielkich świętych. Chciałbym do tych opowieści o katedrze wkleić wieże z iglicami, umieścić w wieżach wysokich gołębie i te pocztowe też, które wysoko – wysoko. Opisać ołtarze i Świętych i kaplice i matki Boskie i wyświetlić Chrystusików – różnych i tych frasobliwych też i witraże i świece i ołtarze i sklepienia i sukienki matki Boskiej i baroki i odrodzenie i secesje….

Nie – nie umiem, chciałbym kiedyś dokładnie opisać- kaplice boczne i świętych i święte też – do których wybierają się wierni i nie wierni, by się modlić w ciszy, by wysłuchali – pomogli, by powiedzieli co dalej. Wiem, że są tacy co wysłuchują i tacy co rad wysłuchanych – nie usłyszą. Muszę wyjść z tego opisywania, bo to opisywanie opisem – nie jest!

Ale od katedry.

Moja Opolska katedra – od tej katedry wszystko się zaczęło – moje katedrowe myślenie. No i od dzwonów, tych wielkich, może ich było trzy a może pięć? Wielkie, każdy inny – spały na dziedzińcu – by wysoko się zawiesić!

Pamiętam jak przywieziono te dzwony, wszyscy przyszliśmy je oglądać. Skąd się tam wtedy na dziedzińcu kościelnym wzięły? Nie wiem! Nie pamiętam! Było ciepło, słońce świeciło, może lato, może wiosna, można sprawdzić. Kościoły i katedry kroniki mają dokładne, do wielu pokoleń wstecz.

Katedra jak Ojciec i Syn i Matka. Jak Bóg Ojciec i Syn i Duch Święty. Jak schronienie przed złem. Jak w imię Ojca, Syna, Ducha.W katedrze – Duch…

Spokojnie….

Teraz spokojnie, siedzenie w półmroku. Teraz słuchanie Boga, siebie, świata, znajomych, bliższych i dalszych, syna, matki i żony. Patrzenie. Patrzę w dal, nie ograniczają mnie w tym patrzeniu mury – ołtarz, żebrowane sklepienia. Przechodzi ksiądz, może prałat a może biskup, może też ma wątpliwości w wierze. I siostra zakonna, która pali świece i kościelny, który je gasi. I trzeba iść –  by wyjść i jeszcze dalej wejść! Dobrze – już spokojnie wyciszyłem się siedząc w ciszy. Mogę iść w świat i w siebie.

Tu i teraz.

Opole, ciągle w nim poszukuję siebie, nawet gdy odwiedzam je w snach, może ten łańcuszkowy, ciąg skojarzeń bez dat, faktów, z ciągłą zmianą narracji, czasów, poetyk, ten kalejdoskop za – wirowany, nie tylko estetycznie i stylistycznie to taki mój duchowy Collage duchowy, gdzie ja jestem przewodnikiem, który gubi co chwilę samego siebie w różnych czasach, stylach, ubrankach.

Kocham.

Opole, które kocham. Kochać miasto, kochać miasto, które jest milion nawet, gdy ma 1oo tysięcy. A przecież to moje Opole, mnie nie pocałuje, nie pogłaszcze po głowie, nie obejmie, łzy za mną nie uroni, chociaż ma wodę Odrę i kanał Ulgi i Młynówkę po której to Młynówce pływały gondole gdy byłem małym chłopczykiem. Tak, tak bo Młynówka to taka Opolska Wenecja tak, tak. Tak zawsze się mówiło w Opolu.. Ma wyspę Bolko, którą co jakiś czas zalewa i oblewa. Tak więc można święcić wodą! Moje Opole, które nad kanałem Ulgi ma łąki i kwiaty polne ale tych kwiatów też mi nie dawało z siebie. To ja musiałem je wziąć, wyrwać, zabrać. Ma cmentarze gdzie ma swoich przodków i Bolków Opolskich. Ma Niemców pochowanych z pamiątkami rodzinnymi. Wiem, widziałem, więc zna sie na historii i ludziach a mnie nie chce nawet objąć! Wszystko co mam musiałem temu mojemu ukochanemu Opolu wyrwać! Samo z siebie nic mi nie chciało dać, chodź ma w sobie ponad 100 tysięcy dusz. I wykształconych i na uniwersytetach! No cóż miasta w których się rodzimy, otwierają przed nami drzwi, pozwalają wejść w najmroczniejsze mroczności i najjaśniejsze jasności, ale to my sami musimy znaleźć do nich klucz i do siebie.

Odra.

Rzeka nie choroba. I kajaki zawsze na Odrze – cały czas, nawet w zimę, gdy lodu nie ma. Kajaki wśród barek z węglem. Kajak się kołysze, a barka sobie płynie. Ja bym się w kajaku bał! Kajak wśród barek z węglem i wśród stateczków z wesołymi bawiącymi się ludźmi ( czy na statku wesołym może być ktoś smutny? ). Wesoły statek sobie płynie.

Czapka.

I ksiądz biskup w fioletowej czapce i dzwony sprowadzone wielkie, Wielkie, będą je wieszali i zadzwonią jak na Wawelu, jak w Notre Dame. Nie tylko na Anioł Pański . ” Na Anioł Pański biją dzwony ” Dzwony z Katedry biły często. Słyszałem je z daleka po drugiej stronie Odry. Wawelskie dzwony w Opolu?

Nie to moja mama dzwoni.

Mama.

Moja mama dzwoni i ja jestem szczęśliwy.Tak – mama dzwoni, dzwoni. Jak to robi? Jak je porusza i wprawia te-dzwony w ruch? Nie wiem, ale dzwoni! A może się na nich wiesza, albo skacze po nich, albo energią jakąś swoją  wprawia je w ruch…

A było tak.

Mama odeszła na zawsze – umarła – nagle. Zawsze się umiera nagle, nawet gdy się spodziewamy to umiera się nagle, bo spodziewamy się, że to jutro a to staje się dzisiaj. Spodziewamy się dzisiaj a to nie dzisiaj no i wtedy myślimy, no dobrze – już dobrze będzie, ale nie będzie bo nagle będzie!

Ciężko, bardzo ciężko, łzy moje, nie do opanowania, nie chcesz płakać a płaczesz! Ryczysz, drżysz i wszystko Ci jedno, kto patrzy, co mówi, co myśli. Zrozumiałem wtedy płaczące kobiety, matki, dzieci, zdradzone żony i synów, którzy za mamami płaczą!

Wyjeżdżamy z żoną z Opola, już po pogrzebie. Mamy nie ma, dom pusty, sentymentalne rzeczy spakowane. Ciężko bardzo ciężko mimo, że pudła z pamiątkami lekkie. Wspaniała pogoda, jasno słonecznie, chociaż styczeń i mróz, i dużo minus. Dużo słońca i na niebie i dookoła. Jasno jak w katedrze, gdy duch schodzi.

Tak słyszymy dzwony, wspaniale dzwony z katedry mojej? Nie za daleko? dzwony dzwonią na pożegnanie? Mamo to ty? To we mnie dzwoni, w nas? Jest już mi dobrze uśmiecham sie. Serce się otwiera, otwarte serce a nie krwawi. Katedra? Cud? Mocno bije serce tętno ponad 200 – moja mama dzwoni, na pożegnanie? na powitanie? Mama jest już tam, gdzie nikt nie wie gdzie….

Mogę jechać. Wsiadam do samochodu, już jestem spokojny i szczęśliwy po śmierci. Wiem – spokojnie dojadę do Wałbrzycha.

Teraz.

Teraz kiedy tylko słyszę dzwony, wiem, że to mama i nie musi to być z katedry dzwon, może być z Nieba. Chodziliśmy z mamą i bratem, wokół Katedry nie raz. I na mszę i tak sobie po spacerze przekraczając Odrę mostem, szliśmy do tych dzwonów, które nas wolały. Mamo ty masz moc, nawet w górze dajesz radę życiu.

W imię.

W imię ojca Syna Ducha. Opole to przestrzeń w której znikam, przestaję być, dematerializuję się i kiedyś i teraz, gdy wracam do mamy na cmentarz. I w jakimś sensie stwarzam się na Nowo. Staję się innym innym – nie wiem jakim? Wracam do siebie, którego już nie ma i do siebie, który staje się przyszłością. Jak można wrócić do przyszłości. Można, można, myślą można – w myślach – wszystko można. Tak jak w katedrze w ciszy i zamyśleniu. Rodzę się na nowo, stwarzam się ze starych komórek. Wiem, co to jest ból.

Katedra wciąż i jeszcze raz. Katedra z której wyruszyła Joanna D’arc. Wyruszyć z katedry w podróż. Moja katedra we mnie, do której idę swoimi uliczkami, polami, leśnymi szlakami, albo jadę na rowerze. Domy, parki, sklepy, cmentarze i zoo wszystko w kalejdoskopie. przechodzę przez siebie w Opolu, jak w filmie. Wszystko się we mnie przetacza. Uliczki z Opola lat temu 20, 30,  i dzisiaj i nagle Amsterdam z kanałami dzisiaj i plaża w Hadze, ze śledziami wszędzie i kolorowymi ludźmi, nie tylko w ubiorze, ale i w duchu i kolorowe ciuszki i kolorowe skóry. Żółte, ale nie jak słonce. Ciemni jak kakao i biali czasem matowi, czasem jak kawa z mlekiem. Wszystko pomieszane – rasy, klasy i kolory. Szczęśliwi.

Skąd ten Amsterdam? W duchowej katedrze można przechodzić przez czasy. To już wspólna  komunia – komuna we mnie. Zamiast hostii śledź w ustach, bo tak sie kiedyś jadło wspólnie na plaży, połykało się sól. Dzielić się śledziem zamiast opłatkiem, słowem chlebem, groszem.

Moje katedry we mnie. I ta w Hilversum, gdzie mieszka Agnieszka i Gerard i gdzie palą świeczki w intencji mojej mamy za jedno euro, by moja mama miała w górze lepiej. I ta w Belgi, gdzie Jadzia i też świeczki, tylko szkoda, że nie z czekolady na słodko i gorzko, bo moja mama lubiła czekoladę. I wypływam z tych katedr rozmnożonych we mnie jak chleb i ryby Odrą na szerokie wody i wpływam w filmy  jak ” Katedra ” i w profesorskie katedry i uniwersyteckie i Nobla.

Katedra Opolska moja.

Katedra we mnie i ze mnie – katedra wszędzie. I matka Boska Opolska i Częstochowska I Wambierzycka. matka Boska, która jest wszędzie i Warszawska i od dzieciątka Jezus, kiedyś tego, nie rozumiałem, ze matka Boska jest wszędzie, ale teraz rozumiem i wiem, Moja mama jest wszędzie. nawet w myślach  w zdjęciach w moich wspomnieniach, moich pragnieniach w moich litaniach. Widzę Cię teraz mamo na biało a teraz na cmentarzu na czarno, bo taka-tradycja i w kwiatach, bo Ty jesteś matka Stasia Zielna z wianuszkom stokrotek na głowie, jesteś w moim sercu choć ono mniejsze, niż Ty większa . Moje małe serduszko ciebie dużą zawsze pomieści mamo.

Msza.

I odprawiłem swoją mszę w moim sercu i mojej katedrze na wodzie Odra. Ta katedra we mnie jest symbolem wędrującego ze mną mojego świata. Wybudowałem, kolejny ołtarz dla mamy. Palę świecę i kadzidło i stare poglądy nawyki i sny.

Przyjąłem komunię. Łączę się z innymi światami, jedząc śledzie, chleb i jabłka. Jestem w duchu, ale nie Święty!

Nowy ołtarz w mojej Katedrze – we mnie.

Nowa Katedra. To moja mama Opole i ja.

Taka katedra teraz.

Dzwony.

2 thoughts on “OPOLE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *